Ray Bradbury – Fahrenheit 451 i opowiadania

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

– Dzień dobry Panie Bradbury. Proszę usiąść, niedługo zaczynamy. Ale zanim rozpoczniemy, oczywiście jeżeli nie będzie to dla Pana problemem, proszę coś o sobie powiedzieć.

Jest niewielu pisarzy, z którymi mam spory problem z jednoznacznym określeniem, czy ich lubię, czy wolę omijać. Ray to jeden z nich.
Patrząc na jego wkład do nurtu scfi, jest to zdecydowanie jedna z postaci, która najbardziej przyczyniła się do jego popularyzacji. To Ray był tym, który wprowadził podróże kosmiczne i obce technologie na salony. Pomagał mu w tym m.in. magazyn Playboy, który wybrał go jako przykład interesującego pisarza w niszowym gatunku. A wiadomo, że dawno, dawno temu w Ameryce zdanie dziennikarzy Playboya było tak samo ważne jak kongresmenów.

Jako jeden z niewielu, wśród swoich kolegów po fachu, mógł się pochwalić tym, że dzięki książkom zarabiał na bardzo ale to bardzo wygodne życie. Szczyt jego popularności przypadał na lata 50. i 60., więc zimno-wojenna rzeczywistość była idealnym czasem na zaszczepienie scifi w masowej świadomości. I Ray zrobił to dobrze.

– Z naszych obserwacji wynika, że to właśnie Pan jest brakującym elementem w układance. Ma Pan coś na swoją obronę?

Na początek najważniejsze – Fahrenheit 451. Inspiracja do napisania tego dzieła wzięła się z życia. Naziści palili zakazane książki. No to Bradbury wziął ten pomysł na warsztat i wrzucił wszystko w totalitarną dystopię. Książek nie wolno czytać, bo to papier z wywrotowymi treściami. A jeśli papier, to można go palić. A jak można palić, to ktoś ze służb będzie to robił w imieniu reżimu. A jak ktoś ma coś palić, no to wiadomo, że chodzi o strażaków. I tak poznajemy głównego bohatera, który zajmuje się ostateczną cenzurą. Wstaje rano, całuje żonę, je jajecznicę z bekonem, a później pali książki, przeważnie razem z właścicielami.
Niby wszystko gra, fabuła sobie biegnie i raczej nie ma jakichś nieprzemyślanych sytuacji.

Ale.

Historia jest w opór przewidywalna. Już po pierwszej stronie wiadomo, co będzie na końcu. Bohaterowie sobie są, ale nie mają żadnej głębi. Jakby byli napisani przez menedżera zespołu disco polo. Dobór słów, opisy i budowa scen – słaba. Warsztatowo jest tu po prostu nijako. Nie tak źle jak u Gibsona, ale raczej amatorsko.

Ale.

Książkę broni okres, w którym powstała – lata 50. i to, że jak na swoje czasy, to było coś nowego. Wpisała się w moment kiedy literatura scifi zaczynała wychodzić ze swojej niepełnoletności. Wtedy to było coś. Do tego stopnia, że nawet w Hollywood zrobili o tym film! To zdecydowanie jeden z tych tytułów, o którym przed przeczytaniem trzeba zrobić research. Do polecenia dla lekkich fanów gatunku.

Później mamy Kroniki Marsjańskie. Ach, te wszystkie wyobrażenia na temat Marsa w latach 50… Atmosfera pozwalająca na oddychanie, szybka podróż na miejsce w kreskówkowej rakiecie, duże ilości wody, no i Marsjanie z typowo amerykańskimi pomysłami na życie.

„Kroniki” to narracyjnie poszatkowany, opis pierwszej pozaziemskiej ekspansji naszej cywilizacji. Marsjanie, czyli ci pozytywni bohaterowie (ale nie do końca, to już doczytacie), zostają pewnego dnia skolonizowani przez Ziemian. Na początku Ziemianie są tacy niby – no siema, co tam u Was, my z Ziemi – ale finalnie przejmują planetę jak Jabba sieć fastfoodów. Opowiadania łączy fakt kolonizacji, ale każde opisuje inną historię z tej układanki. Narracyjnie fajny pomysł i taki zabieg sprawdza się tutaj bardzo dobrze.

Najważniejsze co Ray stara się nam przekazać, to nieunikniona zagłada każdej cywilizacji. Bo albo upadnie ona fizycznie (zniszczenie), albo kulturowo (zobojętnienie). Tę druga tezę autor przedstawia na przykładzie Marsjan. W momencie napaści osiągnęli oni już tak wiele cywilizacyjnie, że przyszło im żyć w stanie zobojętnienia. Nie muszą już niczego udowadniać i tym samym stracili nadrzędny cel, który mógł ich napędzać do działania. Pewnie dlatego tak łatwo dali się podbić. Ale na samym końcu książki, w ostatnim opowiadaniu, Ray zostawia nam mały promyczek nadziei. To już sobie doczytajcie. Nie będę jeszcze oceniał „Kronik”. Idźmy dalej.

Kolejny jest zbiór opowiadań – Człowiek ilustrowany. Promesa jest taka: mamy gościa całego w tatuażach; z tych obrazków na skórze, układa się komiks, w którym każdy, będzie mógł zobaczyć, jak tragicznie zakończy się jego życie. I takie też są opowiadania. Głównie bez happy endu, ponure i ze słuszną ilością grozy. Ważne jest to, że w porównaniu do kolejnego zbioru, o którym za chwilę, tutaj jest całkiem sporo opowiadań scifi. Nie będę opisywał, każdego z osobna. Po prostu są te lepsze i te gorsze. Ale jeżeli można je do czegoś porównać, to mnie na myśl przychodzi taki stary serial grozy dla nastolatków – TWILIGHT ZONE (Strefa Mroku). Kiedyś to nawet leciało na TVP.

Ostatni tytuł to Złociste jabłka słońca. Mniej scifi kosztem historii dramatycznych. Bez wchodzenia w szczegóły. Opowiadania gorsze od Człowieka Ilustrowanego. Z drugiej strony, bliżej im do poważniejszych tematów (filozofia, religia). Tak czy inaczej, po przeczytaniu tego tytułu, a potem Złocistych jabłek słońca, nie pamiętam nawet, w której książce jakie opowiadanie było. Wszystko jest zbyt podobne.

– Nie mieliśmy wyjścia, podjęliśmy już decyzję. Ostatnie słowo Panie Bradbury?

Z tymi opowiadaniami to jest tak. Raz są świetne. Po prostu wow! Ludzie uciekający w równolegle światy i ukrywający się pośród twórców z branży filmowej. Cudo. Ojciec bez pieniędzy, który finguje lot w kosmos dla swoich dzieci. Cudo. Rodzina, która odlatuje na Marsa, aby uciec od ziemskiej cywilizacji. Cudo. W tych, i jeszcze kilku innych opowiadaniach, gra wszystko: pomysł, warsztat pisarski Raya, umiejętność szybkiego budowania postaci, precyzyjny dobór słów. I gra tak dobrze, jak muzyka w filmach z Bondem. Można sobie wtedy pomyśleć, aha to dlatego redaktorzy Playboya zdecydowali się promować Bradburego. Ale niestety dobrych opowiadań jest tyle samo, co złych, albo nawet mniej. Już nawet nie chodzi o te proporcje. Kiedy czyta się w tej samej książce ewidentnie świetne opowiadanie, które chwyta za gardło, a potem w kolejnym trzeba się zmuszać, żeby je w ogóle skończyć, to coś jest nie tak. Ta nierówność w historiach sprawia wrażenie, że część opowiadań musiał napisać zły brat bliźniak Ray’a. Jest jeszcze jeden problem. Opowiadania bardzo źle znoszą kontakt z czasem. Technologia i relacje międzyludzkie są tak bardzo w latach 50. i 60., że można je również zakwalifikować, jako reportaż z tamtych czasów.

No ale Bradbury to Bradbury.

– No, trzeba było tak od razu. W świetle nowych informacji, chyba będziemy mogli znaleźć rozwiązanie dobre dla każdej ze stron.

 

O autorze:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

Przeczytaj więcej:

O autorze:

Logo Indygo
Recenzje

Indygo – zrozumieć depresję

Indygo to tytuł, któremu kibicowałem niemal od samego początku powstawania gry, nie tylko ze względu na bardzo utalentowaną ekipę Pigmentum Game Studio, ale również na

Czytaj więcej »

WSPIERAMY: