Kiedy czas na granie jest najdroższy

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

Słońce wschodzi i zachodzi. Mijają lata, a wraz z nimi zaczyna rosnąć ilość obowiązków, brzuszek i rodzina. Balansowanie między czasem prywatnym i zawodowym staje się jedną z najtrudniejszych mechanik do opanowania. Czasu na granie zostaje już tak homeopatycznie mało, że jakość rozgrywki wygrywa z ilością tytułów do ogrania.

To bardzo dziwna sprawa, żeby ostateczną decyzję o zakupie nowej gry, opierać wyłącznie o serwis howlongtobeat.com. No ale dobra. Wchodzę na serwis, sprawdzam ile czasu muszę sobie wygospodarować na grę. O, 30 godzin na przejście głównego wątku. Kiedyś oznaczało to, że gra dobrze się zapowiada, ale dzisiaj to problem. Tytuł najprawdopodobniej pójdzie w odstawkę,
bo owszem, mogę na niego wydać nawet 200 PLN, ale są zdecydowanie lepsze metody na tezauryzację kapitału.

Przeskakując w życiu na pewien etap, czas staje się kluczowym wyznacznikiem zaangażowania w grę. Dobra ma tylko 24 godziny, a jeśli odejmiemy od tego sen, obowiązki, transport, to zostajemy
w najlepszym przypadku z dwiema godzinami dla siebie. To jeszcze musimy podzielić między różne rozrywki: serial, książkę czy właśnie grę.

Największym wrogiem grania staje się fizyka, a dokładniej czas.

Nie ma w tym nic odkrywczego, ale teraz o ten wolny czas toczy się prawdziwa wojna. Dostawca rozrywki – Netflix – bardzo szybko zorientowali się, że ich największym wrogiem nie jest HBO. Szef serwisu, spod znaku wielkiego N, w liście do akcjonariuszy, poruszył temat gier, jako produktu, który bezpośrednio zagraża ich biznesowi. No bo zamiast oglądać Stranger Things można przecież pograć w GTA. Może dlatego też, zgodnie z zasadą if you can’t beat them, join them, Netfilx sypnął monetą dla Wiedźmina i przygotował serial, który wyrósł na popularności gry (przynajmniej w wymiarze międzynarodowym). Sądząc po tym, jak Gerald wygodnie rozgościł się w urządzaniach z Netflixem, szefostwo może w najbliższym czasie podjąć decyzję, o kolejnych serialu na podstawie gry.

Jest zdecydowanie za dużo rozrywek. Taki problem pierwszego świata.

Ale wróćmy do gier. Skoro kasa na grę jest, recenzje są bardzo dobre, a pociąg z hypem jedzie szybciutko po gładkich torach social mediów, to i tak nic nie pomoże, jak gra swoją złożonością i długością jest nie do przeskoczenia dla gracza. Ale jest to też sygnał, że może tworzyć się rynek na zupełnie nowe tytuły.

Wśród producentów gier AAA, już teraz uciera się schemat, że kolejne questy nie powinny zajmować dłużej niż dwie godziny. Bo tyle czasu średnio może mieć dorosły gracz, na np. wieczorną sesję z grą. W tych dwóch godzinach, mniejsza część większej historii, powinna mieć swój początek i zakończenie. Tak, aby dać satysfakcję z odhaczonego questu.

Tylko, że to rozumowanie (mimo, że świetne w swojej koncepcji) nie bierze pod uwagę jeszcze jednego problemu – odstępów między kolejnymi sesjami z grą. Jeśli te będą trwały tydzień, to nie jest to duży problem. Ale gdy między dwugodzinnymi run’ami pojawiają się odstępy liczone w trzech tygodniach lub dłużej, to do gry wraca się, jak do nowego tytułu. Trzeba przypomnieć sobie: gdzie skończyliśmy, jaki ważniejszy wątek jest teraz na tapecie, jaka tam była mechanika, co z ekwipunkiem (w co ja to chciałem iść?), czym się robiło to i tamto…

A jeśli by tak jakość produkcji skurczyć do dwóch-czterech godzin?

Wtedy granie przypominałoby trochę wyjście do kina, albo sesję w złożoną grę planszową. Jakościowo takie tytuły musiałby stawiać poprzeczkę bardzo wysoko. Świat cechowałby się dużą złożonością, barwnymi postaciami z ciekawą motywacją, grą aktorską z doskonałym warsztatem, bogatą scenografią…

Musiałoby tu być wszystko co uwielbiamy ze świata wielkich produkcji, ale w okrojonej wersji. Od strony estetycznej, czy też artystycznej, to nie problem. Większym wyzwaniem zostaje odpowiednie zaprojektowanie mechaniki gry. Bo z jednej strony, 2-4h na grę, to nie jest czas na mistrzowskie opanowanie tytułu. A z drugiej strony, gra musi być wyzwaniem, nawet w tak krótkim czasie, żeby zaangażowała swojego odbiorę.

I żeby było jasne. Nie chodzi mi o to, żeby krytykować duże, bardzo dobre tytuły, ze względu na to, że są złożone. Albo spłycać sens tych growych wielorybów, do bezmyślnego kiladełka na 3h. Mam na myśli coś, co jest raczej przypomina wyprawę na nowe terytorium, obecnie zamieszkałe przez plemię, które ma mało czasu na granie, a chce gier, które dają satysfakcję, jak tytuły AAA.

Może nienajlepszym przykładem, ale ostatnią taką grą, która fabularnie ciągnęła się przez 3-4h było Firewatch. Ja w tytule się całkowicie zakochałem. Mogłem pożenić czas z grą, z czasem na zarabianie na gry, więc wszystko kliknęło ze sobą aż miło. Tylko, że mimo wspaniałości Firewatch, to nie był tytuł, który ogrywało się tak fajnie, jak produkcje dużych studiów. Potem przyszło Zaginięcie Ethana Cartera i tutaj znowu poczułem się tak dobrze, jak strażnik lasu.

Ale pewnie można jeszcze lepiej.

A może to też jest tak, że po prostu nie da się przełożyć tej satysfakcji z grania w tytuł AAA do mniejszego pudełeczka. Jednak trzeba próbować. Plemię czeka.

O autorze:

Leszek Trela

Leszek Trela

Najwięcej czasu spędzam w cyfrowych i papierowych światach. A, że granie wychodzi mi średnio, to częściej sięgam po książkę. Czytam tylko fantastycznonaukowe tytuły, bo czemu nie. Sejwuję zakładką.
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

Przeczytaj więcej:

O autorze: