Indygo – zrozumieć depresję

Logo Indygo

Indygo to tytuł, któremu kibicowałem niemal od samego początku powstawania gry, nie tylko ze względu na bardzo utalentowaną ekipę Pigmentum Game Studio, ale również na temat, który gra porusza. Trudny, niekomercyjny, oryginalny i ubrany w niezwykłą szatę graficzną.

Układając sobie w głowie wstęp do niniejszej recenzji chciałem zaznaczyć, że temat depresji jest mi zupełnie obcy i bardzo odległy, jednak im dłużej o tym myślałem, przypominając sobie wpisy z dziennika głównego bohatera, zacząłem wątpić – czy aby na pewno? 

ZŁE DNI POTRAFIĄ BYĆ DŁUGIE..

W grze wcielamy się w postać Tomasza, który jest malarzem. Zamyka się w swojej pracowni, by schować się przed całym światem. Początkowo chciał tylko przeczekać i być może nawet twórczo wykorzystać ten stan. Jego nastrój jednak tylko się pogłębia, a Tomasz staje się coraz bardziej nerwowy, przygnębiony i bezsilny. Mimo tego, najwyraźniej świadomy swojej sytuacji sam zadaje sobie pytanie – „a może jestem chory?”

Artysta nie maluje ani nie wychodzi, a jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym są listy, które wymienia ze swoją partnerką Anną. Prowadzi również dziennik, w którym spisuje swoje przemyślenia i wylewa żale. Te dwa źródła dają nam opis całej sytuacji i tego, w jaki sposób ona się zmienia.

Tutaj twórcy pokazują niewidoczną na pierwszy rzut oka stronę Indygo – barwną i wielopoziomową. Postacie Tomasza i Anny są skonstruowane bardzo niejednoznacznie. Anna wylewa w listach swój żal do Tomasza, choć jednocześnie stara się go wspierać i jakoś sobie radzić w tej trudnej sytuacji, z kolei Tomasz… cóż, potrafi być niesprawiedliwy, irytujący, a jednocześnie widać jego zagubienie i zmęczenie.

Atmosfera w grze dzięki takim zabiegom zdaje się być wyjątkowo przytłaczająca i ciężka. Problem z jakim zmaga się Tomasz może nas motywować do kierowania fabułą w taki sposób, by mu pomóc, jednak jego zachowanie i użalanie się nad sobą może łatwo sprawić, że sięgniemy po prostsze rozwiązania jak rozrywka w postaci papierosów i alkoholu.

DEPRESYJNA HOPA?

Indygo zostało ubrane w szaty gry narracyjnej z elementami z gatunku HOPA. Dziennik Tomasza daje nam wskazówki co powinniśmy zrobić, a po wykonaniu zadania zazwyczaj mamy możliwość przeczytania listu od Anny. W tych momentach mamy kilka możliwości odpowiedzi (lub braku odpowiedzi) w zależności od stanu psychicznego Tomasza. Ten z kolei zależny jest od naszych wyborów i sposobów w jaki wykonywaliśmy zadania. Rozwiązanie to niezwykle mi się spodobało, tym bardziej, że poszczególne dni to jedynie fragmenty większej historii. Grę zaczynamy w momencie, gdy w dzienniku widnieje dzień 126, natomiast kolejnym jest już 137. Pozostawia to wiele przestrzeni na domysły i podkreśla fakt, że mamy do czynienia z wycinkiem większej całości.

Zadania, które wykonujemy to dosyć proste czynności jak odnalezienie odpowiednich przedmiotów i połączenie ich, przy czym za każdym razem pracownia Tomasza odrobinę się zmienia. Począwszy od wyglądu pokoju, po nowe przedmioty pojawiające się w niektórych miejscach. Zagadki, o ile tak można je nazwać, nie są wymagające. Początkowo problematyczne były dla mnie niektóre elementy interfejsu, choć być może powodem tego jest fakt, iż rzadko grywam w tego typu produkcje. Pod kątem mechaniki twórcy nie przedstawiają niczego rewolucyjnego czy nowego w gatunku, ale moim zdaniem to jedynie na plus, ponieważ łatwiej można się skupić na fabule i to właśnie ona motywuje nas do dalszego grania.

INDYGO TO BROŃ

Jak wspomniałem już we wstępie, kibicowałem Indygo niemal od samego początku procesu produkcyjnego. Uważam, że jest nie tylko świetnym debiutem młodego studia i udaną produkcją, ale to również gra wyjątkowa i ważna dla branży gier, nie tylko tej polskiej. Jak często zarzuca się grom wideo, że są płytką rozrywką, wzbudzającą agresję wśród dzieci i nastolatków? Choć zdaje się, że podejście mass mediów stopniowo się zmienia, to mam wrażenie, że minie jeszcze wiele lat zanim gry wideo pozbędą się łatki rozrywki niszowej i niezbyt wyrafinowanej. Indygo jest więc idealnym przykładem, że gry mogą poruszać trudne tematy, a także edukować odbiorcę. 

Nad produkcją czuwali specjaliści w zakresie leczenia depresji, z którymi konsultowali się twórcy. Oprócz tego w menu głównym mamy dostęp do zakładki „O depresji”. Możemy tam przeczytać nieco o objawach i samej chorobie, jak powinno się postępować w przypadku podejrzenia choroby i co właściwie ważniejsze – jak nie powinno. Indygo to broń – nie tylko przeciwko krzywdzących opinii wobec gier wideo, ale także przeciwko brakowi wiedzy na temat depresji w społeczeństwie.

ODWAŻNY KROK W GAMEDEV

Przy całym moim zachwycie nad Indygo nie mogły nie pojawić się również wątpliwości. Zarówno od strony rozgrywki jak i samej tematyki. Na początku gry pojawia się informacja, by kontynuować grę jedynie, gdy jesteśmy w wystarczająco dobrym humorze lub odpuścić sobie, jeśli jesteśmy wyjątkowo emocjonalni i podatni na nastroje w tego typu produkcjach. Co jednak, gdy ktoś faktycznie ma problemy podobne do tych, z którymi boryka się Tomasz, a i tak sięgnie po Indygo? Czy gra jest mu w stanie pomóć? A może wręcz przeciwnie?

Jeśli o rozgrywkę chodzi to Indygo jest niezwykle udane i spójne, choć ciężko tu mówić o wyżynach technologicznych. Gra bazuje na statycznych planszach, a te zostały wykonane bardzo dobrze – całość jest ręcznie rysowana i utrzymana w zimnych, mrocznych barwach, co tylko pogłębia atmosferę i pozwala lepiej wczuć się w sytuację Tomasza. Jak już wcześniej zaznaczyłem, historia przedstawiona w Indygo to jedynie mały fragment zmagań Tomasza z chorobą. Mimo tego przekonania tytuł wydał mi się jednak odrobinę za krótki i mimo, że gra oferuje kilka zakończeń to można je poznać bardzo szybko. Zbyt szybko, zwłaszcza jeśli wiemy, że walka z depresją to proces długotrwały i wymagający cierpliwości. 

Jedynym elementem, który mi przeszkadzał w czasie gry to głosy bohaterów. O ile w polskiej wersji bardzo dobrze słuchało mi się Tomasza, o tyle głos Anny był nieco sztuczny i męczący na dłuższą metę. Wersję anglojęzyczną wyłączyłem niemal natychmiast, głos Toma wydał mi się sztuczny i zbyt teatralny. Miałem wrażenie, że w pracowni nie jest zamknięty chory na depresję malarz, ale gliniarz w stylu Maxa Payne’a. 

Nawiązując do moich słów ze wstępu, dotyczących osobistych wątpliwości, myślę, że warto zaznaczyć, że depresja nie jest problemem odległym, występującym na ekranie telewizora. Doskonale podkreśla to polski głos Tomasza, który podobał mi się najbardziej. Nie jest przesadnie teatralny i słychać, że to  zwykły gość. Taki, którego możemy mijać codziennie w drodze do pracy czy szkoły. Warto o tym pamiętać i wiedzieć, że depresja czymś przerażająco realnym i może dosięgnąć każdego – znajomych, kogoś bliskiego oraz nas samych.

Warto zagrać?

Tak! Ale tylko, gdy jesteś w dobrym nastroju 😉

Za

  • Oryginalna oprawa graficzna
  • Tematyka i sposób narracji
  • Aspekt edukacyjny
  • Muzyka
  • Nasze wybory mają wpływ na zakończenie

Przeciw

  • Momentami głosy bohaterów zarówno w polskiej jak i angielskiej wersji
  • Odrobinę za krótka
DOBRA!

Skala od 1 do 5

Arek Grasela

Człowiek-przypominacz i pomysłodawca serwisu. Gracz niemal od urodzenia, a wolnych chwilach hobbystyczny pseudo-dziennikarz. Miłośnik popkultury i literatury, zawodowo grafik komputerowy, a od niedawna twórca gier.

Może Ci się również spodoba