Harry Harrison – seria Planeta Śmierci

Dawno, dawno temu, zanim jeszcze Han Solo strzelał do Greedo, żył sobie bohater imieniem Jason dinAlt. I jak głosi jego legenda, był on kosmicznym szulerem, prowokatorem i żądnym przygód zuchwalcem. Przemierzał galaktykę, kantował w kasynach, ale ratował też uciśnionych. No wypisz wymaluj, taki typowy Jason.

Jakby co to Han błysnął na ekranach w 1977, a Jason na papierze w 1960. Może Lucas się trochę inspirował. Kto wie, #justsayin‚. Na to porównanie do Solo, proszę się nie obrażać. Aha, i jeszcze bliskie skojarzenia z Avatatem też są na miejscu – ale o tym za chwilę.

Tak czy inaczej, na każdej książce o dinAltcie, na tylnej okładce, znajdziemy podobną tekstową zachęcajkę do sięgnięcia po utwór – że przygody, że podróże…

Jason, to postać, która w swoich przygodach częściej korzysta ze sprytu i uporu niż z siły mięśni. Chociaż jak przychodzi co do czego, to walczyć też potrafi. Żeby czytelnicy go polubili, ma w sobie dobrze ustawiony kompas moralny. Zawsze postępuje tak, jak chcielibyśmy, żeby postępował bohater. Taki styl postaci może wydawać się naiwny i… zdecydowanie tak właśnie jest! Ale tam gdzie styl postaci jest naiwny, tam też rodzi się wyjątkowy styl pisania u Harrisona.

Nie pisał on (przeważnie) hard sci-fi, ani nie szukał wyrafinowanej fabuły. Historie są proste jak w mordę strzelił, a dialogi nieskomplikowane jak przepis na jajecznicę. Harrison po prostu bawi, porywa i pozwala zapomnieć. Nie uczy, nie moralizuje, ale z drugiej strony, daje czytelnikowi chwilę na własną refleksję. No bo patrząc na serię o Stalowym szczurze, nasuwa się pytanie: czy usługi przestępcy mogą przyczynić się dla dobra ogółu?

Jeżeli szukać podobieństw, to książki Harrisona przypominają pierwsze próby literackie Roberta Heinleina. Te, zaliczane do juvenile stories. Czyta się to szybko i przyjemnie. Bez przeintelektualizowanych fusów.

Harry Harrison na półkach sci-fi zostawił po sobie wiele znanych tytułów i właśnie ten, nie do podrobienia, styl. A jeżeli nazwisko Harrison nadal nic nie mówi, to spod jego ręki wyszły jeszcze takie tytuły jak: Na zachód od Edenu, Przestrzeni! Przestrzeni! no i oczywiście seria o stalowym szczurze. Na tym lista się nie kończy, bo Harry był płodnym pisarzem i samych serii zostawił po sobie jeszcze kilka.

Jak przy seriach jesteśmy, to ta, w której pojawia się postać Jasona dinAlta nosi tytuł (a jak!) PLANETA ŚMIERCI. Łącznie mamy do przeczytania siedem tomów. Trzy pierwsze, Harrison napisał sam. Reszta, to już wspólne pisanie z radzieckimi pisarzami. Zaczynając czytanie PLANETY ŚMIERCI, trzeba troszku uzbroić się w cierpliwość. Pierwsza odsłona cyklu, to zdecydowanie taki słaby początek serii (ale warta przeczytania). Kolejne dwie to już takie no, całkiem, całkiem.

Tak w sumie, to nie znam nawet 10% twórczości Harrisona, ale jest to jeden z tych pisarzy, że jak się chce o nim coś napisać, to tylko o całym jego dorobku. To co przeczytałem, na pewno wiele mówi o jego wyjątkowym stylu i luźnym podejściu do pisania. W swoich latach idealnie wypełniał przestrzeń gdzieś pomiędzy sci-fi i przygodówką.

Szkoda, że pomysły w niektórych książkach nie wytrzymały próby czasu. I żeby to było jasne, to nie jest kwestia „słabych” pomysłów. Twórczość Harrisona zepsuli główne jego koledzy i koleżanki po fachu. Przez lata, całymi garściami brali od niego gotowe formuły i dodawali do swoich książek/filmów. Tym samym zabrali to co w jego książkach było świeże i oryginalne. Robili to powtarzając, powtarzając i powtarzając. Innymi słowy, Harrisona znamy dobrze, nawet jeśli nigdy nie przeczytaliśmy żadnej jego książki.

Jakoś na początku wspomniałem chyba Avatara? Aha, no tak! Jest taki typek, niejaki James ”Cytat” Cameron. On też podkradał od Harrisona i wrzucał do swojego kotła. Jak przeczytacie pierwszą część PLANETY ŚMIERCI, to gwarantuje, że będzie mieć taki defuck moment. Nie byłoby świata Pandory gdyby nie wymyślona przez Harrisona planeta Pyrrus. No nie wszystko i nie dosłownie zabrał Cameron, ale książka na bank ułatwia mu robotę.

 

Może Ci się również spodoba