[George Alec Effinger] Kiedy zawodzi grawitacja i [Kate Ling] Odległość samotnych gwiazd

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

Z tymi tytułami przygoda zaczyna się dość nietypowo. Oba kupiłem w cenie kilku złotych na wyprzedaży organizowanej przez hurtownię Expans. Jak dobrze pamiętam, w tysiącach dostępnych tytułów były to chyba jedyne, dwie pozycje sci-fi. Poza tym okładki wyróżniały się na tyle, że głupio było nie kupić. Wtedy te tytuły i autorzy nic mi nie mówili. Kupując nie guglałem nic na ich temat. Pomyślałem, biere i zobaczymy co z tego wyjdzie.

A wyszło, że ło.

Przypadek numer jednen – Kiedy zawodzi grawitacja. Na okładce pojawia się opis gatunku, który porządnie pobudza wyobraźnię, ”mroczny cyberpunk w arabskim getcie”. Spoko, jedziemy. Fabuła w dużym skrócie. Typowa detektywistyczna opowieść. Ktoś kogoś szuka. Nasz bohater okazuje się najlepszy do tej roboty, ale musi się też zmierzyć z własnymi problemami. Łatwa robota daje sporo kasy, a z tą jest krucho. Po sprawdzeniu kilku śladów, okazuje się, że zlecona sprawa to jednak grubszy temat.

Sama książka to dość średni tytuł. Takie od sceny do sceny. Bez zaskoczeń i do przodu. Zwroty akcji pojawiają się wtedy kiedy o nich pomyślimy, a kierunek zwrotów tam gdzie chcielibyśmy żeby poszły. Fachowo rzecz ujmując: takie, takie. Ale też nie jest jakoś źle.

Ciekawie się jednak robi z dwoma rzeczami. Takim typowym pomysłem sci-fi jest to, że ludzie mogą sobie wgrywać osobowości. Przykładowo jest tutaj taki koleszka, co upodobał sobie wgrywanie do własnego mózgu osobowości Jamesa Bonda. To szafowanie osobowościami to takie całkiem, całkiem nawet.

Druga opcja, przy której robi się jeszcze ciekawiej, to rzeczony arabski wątek. No o ile Arabów znamy jako religijnych i konserwatywnych – czy jak tam kto woli – to tutaj są synonimem absolutnego zdemoralizowania. Prawo szariatu to tylko jakaś abstrakcja. A to co haram stało się halal. Jakby to dzisiaj przeczytał jakiś arabski konserwatysta to na pewno pękło by mu serduszko. No ale jazda z tym tematem jest baaardzo ostra. Takich defuck moment jest tu troszku. Gdyby książka była wydawana dzisiaj nie ma takiej opcji, że nie wywołałaby żadnych kontrowersji.

Można przeczytać, ale nie jest to jakiś wybitny tytuł.

Tak na marginesie to biografia autora jest bardzo smutna. Facet jest laureatem m.in. nagrody Hugo, pisał dużo i inne jego książki były całkiem nieźle odbierane. Ale był mega chorowity. Kasy nie miał na leczenie i żeby jeszcze trochę przedłużyć sobie życie, był zmuszony przekazać prawa do swoich tekstów szpitalom, w których się leczył.

No to teraz hop do Samatnosci odległych gwiazd. No nie ma innej opcji jak rozpocząć od: opuszczamy Zimie i kierujemy się do galaktyki Kosogłos na planetę Nieporozumienia.

Jeżeli Kosogłos to dla was mega kupka zrobiona przez cierpiącą na zatrucie pokarmowe Suzanne Collins, to tutaj jest jeszcze gorzej.  Kate Ling nawet nie udaje, że cała jej książka to historia, która przypadkowo trafiła w ramy sci-fi. Ale dobra, od początku.

Fabuła. Lecą se gdzieś w kosmosie, bo usłyszeli jakiś sygnał. No, a że sygnał jest za daleko, to na statku są tysiące osób, które rodzą kolejne pokolenie, a to kolejne kolejne i tak dalej. Z nadzieją, że kiedyś dolecą, a z głośników usłyszą mission accomplished. No i tutaj nasza główna bohaterka nie chce brać udziału w takiej zabawie. Tym bardziej, że małżeństwa na statku są aranżowane. Ona kocha innego. I teraz ona całą tę misję zjebawszy, bo zakochana, a mąż z mianowania jest be.

Taki ot, harlekin w kosmosie. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby właśnie nie kosmos. Bo wszystko co mamy tu do przeczytania byłoby lepsze gdyby działo się w jakiś zamierzchłych czasach. Nic, ale to nic w tej książce nie jest uzasadnione by wrzucać to do worka sci-fi. A gatunkowe pomysły autorki to jakieś nieporozumienie. Od tych małżeństw, po dziwne zwyczaje na statku, pomysły na hodowle jedzenia, czy w ogóle sens głównej misji. Skoro nie wiedzą po co lecą, to po huk wysyłają tam ludzi, a nie maszyny i SI.

Jakby tego było mało to autorka popełniła jeszcze jeden błąd. Główna bohaterka jest tak mega nieznośna, że po 10 pierwszych stronach, życzy się jej szybkiego spotkania z Panem Ksenomorfem. Szkoda, że to nie ten statek.

Bohaterowie drugoplanowi, to takie ctrl + c i ctrl + v z tego co już 100 razy można było zobaczyć. Nic świeżego, nic ciekawego. Więcej nowości jest na pewno w gazetach sklepowych.

Tę książkę, po prostu, trzeba skipnąć.

 

O autorze:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

Przeczytaj więcej:

O autorze:

Konkurs fury gaming
Konkursy

Konkurs! Wygraj gamingowy sprzęt od Fury!

Oprócz półki wypełnionej ulubionymi grami żaden gracz nie może funkcjonować bez odpowiedniego sprzętu! Szczególnie pecetowe granie wymaga wyjątkowych podzespołów. Z pomocą przychodzi więc Fury Gaming! Dzięki

Czytaj więcej »

WSPIERAMY: