Dan Simmons – cykl Hyperion

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

Ile książek Dana Simonsa znam? Cztery. A w sumie to jedną, tylko w czterech częściach. Podobno jest  najlepsza i nawet tytuł ma fajny – Hyperion.

Simmons napisał sporo innych utworów, ale tylko jedno jego dziecko zostało sławne. Warto się mu przyjrzeć dokładnie, bo ma ładną buźkę, taką promieniejącą dobrym scifi.

Co czeka na nas w cyklu: Hyperion, Zagłada Hyperiona, Endymion i finalnie Triumf Endymiona. Pierwsza, i w sumie jedyna skaza na serii, to duże podobieństwo z polityką produktową Microsoftu. Firma Billa Gatesa lubuje się w wydawaniu dobrej wersji systemu operacyjnego, tylko po to, żeby kolejna była słabsza. Ale potem znowu ukazuje się dobra, która zapowiadana następną, tak zgadliście… nie tak dobrą. Identycznie jest z cyklem Hyperion.

UWAGA! Dalej pojawią się małe spojlery. Najważniejsze zwroty akcji zostawię dla Was, ale żeby opisać, co fajnego przeczytałem, potrzebuję odkryć drobniutkie elementy fabuły.

Windows 98 aka Hyperion

Zaczyna się tak: jakaś tam daleka przyszłość, wiadomo. Galaktykę toczy wojna między prawdziwymi ludźmi a tymi co to wychowali się gdzieś na odległych planetach. Ci drudzy coraz mniej przypominają swoich protoplastów i zostali przez nich ochrzczeni Wygnańcami. Prawdziwi dowiadują się, że na pewnej planecie o nazwie Hyperion, istnieją grobowce, której ojtam ojtam, tak niby sobie podróżowały w czasie. Super opcja, bo można to wykorzystać jako przewagę militarną. Tylko jest jeden mały haczyk, i to dosłownie, grobowców broni Dzierzba, czyli nie wiadomo skąd, gdzie i po co stwór. Przyjemniaczek zbudowany jest z kolców, noży, haków, łojezu wszystkiego, co ostre i w ogóle. Ale spoko. Dzielni dowódcy wyślą na misję jakichś tam wybrańców, więc Dzierzba może im naskoczyć. Bilet na Hyperiona dostali: kapłan, żołnierz, uczony, poeta, kapitan, detektyw i konsul. Książka skupia się na ich podróży na miejsce docelowe misji. Podczas wspólnego lotu każdy z nich dzieli się historią swojego życia. Okazuje się, iż w każdej z nich jest coś wyjątkowego. Albo historie opisują fantastyczne zjawiska, których racjonalnie nie da się wytłumaczyć (nawet jak na scifi), albo pojawia się w nich Dzierzba. No to wiemy już, że Ci ludzie nie znaleźli się tutaj przypadkowo.

Dalej fabuły nie zdradzę, bo się tego po prostu nie da zrobić. Cała książka, to tylko te historie o życiu wybrańców. TYLKO. Owszem są tam jakieś mikroskopijne przerywniki, ale nie mają większego znaczenia. Czytając pierwszą część mam wrażenie, że nie wydarzyło się absolutnie nic. Naprawdę super zapowiadająca się przygoda dostała wyjątkowo słabe intro. Niektórzy nie zgodzą się z tą tezą i powiedzą, że to dobrze przemyślany zabieg narracyjny. Fajnie jest rozpocząć wielką historię od tak szczegółowego poznania swoich bohaterów. A może ich historie to klucz do większej zagadki? No i jest to powieść szkatułkowa, więc jest sporo rozkminiania. Niby wszystko to prawda, ale można było wymyślić coś więcej, niż tylko kilkuset stronicową ekspozycję postaci. Ekspozycję, która w całej swojej obszerności, nie pcha fabuły do przodu.

Ja widzę tylko jeden możliwy sens, czemu ta część jest, jaka jest. Dzięki długim opisom i zagłębianiu się w przeszłość bohaterów możemy mieć swoje typy. Typujemy sobie tych, co przeżyją, umrą, mają ukrytą agendę, albo coś kręcą.

Windows XP aka Zagłada Hyperiona

Tutaj wracamy do gry. Cała ta przydługa ekspozycja postaci w końcu wchodzi w praktyczną fazę. Bohaterowie ruszają do grobowców, żeby poddać się próbom, jakie przygotował dla nich stwór. Przestrzeń do kolejnych scen wykładana jest wieloma metaforami, porównaniami i zagadkami. Dzieje się tutaj też coś z naszymi postaciami. Dotychczas, głównym bohaterem książki był konsul. No może tak nie do końca głównym, bo mając siedem ważnych postaci, główna, zawsze trochę traci na swoim znaczeniu. Ale w drugiej części szala opowieści zaczyna delikatnie zsuwać się na barki innego wybranego.

W tej części autor eksploduje kolejnymi wątkami. Na początek kościół chrześcijański, który, jako instytucja, musi odleźć się gdzieś w obliczu takiego odkrycia: czym lub kim jest Dzierzba? Pojawia się sztuczna inteligencja mająca swoje własne plany, co do przyszłości świata, w tym własnej. Poznajemy władców ludzkości (Hegemonii), wspinamy się na kolejne szczeble władzy, planowania strategicznego i ukrytych konfliktów. A wszystko to spaja los siedmiorga pielgrzymów.

Porównując część pierwszą i drugą, widać, jak dużo dobrego ukrywał przed nami Simmons. Uderzył mocno i zdecydowanie. Wykorzystał do tego chyba cały arsenał scifi: eksplorację kosmosu, mistyczną istotę, podróże w czasie, modyfikacje generyczne, w tym produkcję ludzi, SI, syntetycznie symulowane światy i to, co niewyjaśnione i tajemnicze. Uuuuuuu, najs.

Wszystko jest tutaj dobrze poukładane i ma się wrażenie, że napisane z wyważeniem każdego słowa. Fabuła nie cierpi na hollywoodzkie zakończenie i płaską akcję. To kawał trudnej i wymagającej literatury. Swoją drogą, adaptacji cyklu nadal nie ma, bo przełożenie tego na wielki ekran wymagałoby napisania powieści praktycznie od nowa. Przez jakiś czas, tematem bawił się James „Cytat” Cameron. Porzucił on jednak ten projekt i wybrał Avatara. Potem tematem zajarał się Bradley Cooper. Łoj, ten chciał napisać nawet scenariusz, ale nie potrafił ogarnąć treatmentu, więc się poddał. Ponad to, nad książką pracowali nawet scenarzyści Disney’a, ale poddali się i określili cały cykl, jako absolutnie nie filmowy.

Windows VISTA aka Endymion

Ech… Już na dzień dobry, ciężko mi się podchodzi do tej części. No dobra, ale zacząć trzeba i przy okazji nie spoilerować. Kościół, czyli Watykan i jego władze, są już turbo totalitarni. W ogóle kapłani teraz przecinają kosmos swoimi rakietami, mają laserki i wzięli się na serio za wojaczkę.

Z drugiej strony Enea, córka jednego z pielgrzymów na Hyperiona, przybywa z przyszłości. Potrzebuje pomocy, ponieważ Papież chce jej zrobić kuku. Przy pomocy zręcznej intrygi, dla Enei, zostaje przydzielony ochroniarz – Endyminion, główny bohater. Żeby była dramaturgia, Watykan wysyła swojego największego madafakera, aby ich ścigać i finalnie nawrócić. Koniec.

Tak, Danie Simmonsie, ty cholerniku jeden ty. Znowu to zrobiłeś! Znowu wydałeś książkę, w której przez setki stron dostajemy obietnicę, że będzie fajna przygoda i dostajemy to w formie ekspozycji postaci. No niby teraz jest lepiej, niż w Twoim Windowsie 98, ale żeś nas nabrał już drugi raz. Jedną rzecz musimy wyjaśnić od razu. Ta historia nie zapowiadała się aż tak dobrze jak poprzednia.

Wgryzając się w fabułę, mamy tutaj klasyczna opowieść o wybranym, który wbrew wszystkim i wszystkiemu musi podążać ścieżką przeznaczenia. Wybrańcem jest Enea, która ma uratować świat przed zgubnym wpływem Watykanu. Obserwatorem i uczestnikiem tej misji jest Endyminion, który obserwując swoją podopieczną zaczyna inaczej oceniać otaczający go świat. W ten sposób, oczami Endyminiona, Simmons zachęca nas do nowego spojrzenia na rolę religii. Ponieważ pniem historii jest chrześcijaństwo (Watykan), które posiada totalitarną władzę nad ludzkością, mam takie wrażenie, że powieść jest technologiczną wizją średniowiecza. Ludzkość startuje na nowo, prowadzi ją kościół, który wybrał szczególną drogę rozwoju swojego kultu. Posiadł on możliwość uczynienia swoich wyznawców prawie nieśmiertelnymi jednostkami. Ale o tym już doczytacie.

 Windows 10 aka Triumf Endymiona

Wracamy na właściwe tory – poznajemy dalszą historię wielkiego pościgu. Troszku ciężko będzie opisać, co się dalej dzieje, bo musiałbym strzelać spojlerami, jak Han Solo z laserka. Bohaterowie dojrzewają, dosłownie i w przenośni. Dzierzba i wielki plan Watykanu konfrontują się ze sobą w ramach bitwy o rząd dusz. Enea odkrywa przed Endymionem nowe filozoficzne spojrzenia na życie. Wszystko zmierza do wielkiego finału, który odmieni losy ludzkości. Robi się tutaj po prostu bardzo epicko. Postać Enei zaczyna przypominać proroka, który niesie nowe słowo zbawienia. Ale tym razem nie odrzucają go źli niewierni, lecz źli siewcy wiary.

Od strony warsztatowej, wszystko tutaj gra. Czyta się przyjemnie, dobór słów i dialogi bohaterów to mistrzostwo. Jest jedna rzecz, która może się nie podobać. Całą książka ma mocny wydźwięk antykościelny. Nie jest to jednak spojrzenie antyreligijne. Simmons ewidentnie oskarża instytucje kościelne o rządzę władzy i zrobienie absolutnie wszystkiego, żeby ją utrzymać. Mnie to nie przeszkadza, ale ktoś inny może takim ostrym i precyzyjnym atakiem być zniesmaczony.

Finalnie autor stara się nam przekazać dwie tezy. Pierwsza to ta o kościele, wyjaśniona przed chwilą. Druga, dotyczy naszej śmiertelności i próbie jej oszukania przez kościół. Stając się nieśmiertelni całkowicie tracimy nasze człowieczeństwo, które utrzymuje się w nas tylko dzięki nieuchronności końca. Wiem, że jak to teraz piszę, nie rzuca to jakoś na kolana, ale w całej opowieści jest to dobrze sprzedana koncepcja i ma sens fabularny. Niezależnie od swojego antykościelnego podejścia, Dan, finalnie pozostawia nas z myślą, że wiara to najefektywniejszy środek do zguby ludzkości, jak i jej odrodzenia. Wiara to historia i to, kto ją opowiada, jest zawsze kluczowe.

A i nie zapomnijmy o tym, że Simmons pisze książki tak, jak Microsoft wypuszcza Windowsy (hue hue).

Ostania sprawa: czy warto przeczytać? Oj, i to jeszcze jak! Dla fanów scifi – obowiązek, a dla „zwykłych czytaczy scifi” też.

 

O autorze:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

Przeczytaj więcej:

O autorze:

Publicystyka

W to MMO gramy całe życie

Załóżmy, że kraj Polska to jedno z większych MMO na świecie. Jakie są najciekawsze cechy tego tytułu?   Mobilność. Możemy w nią grać wszędzie i

Czytaj więcej »

WSPIERAMY: