Andy Weir – Marsjanin i Artemis

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

Zacznę od tego, na czym przeważnie kończę swoje wypociny. Co autor wniósł do kanonu scifi? Andy może się, przede wszystkim, pochwalić pierwszą, naprawdę hard-hard, powieścią fantastyczno-naukową. Teoretycznie, wszystko co opisuje jest możliwe, ale jeszcze trochę gwiazd zgaśnie, zanim jakiś naukowiec zaniesie odpowiedni projekt do swojego szefa, a ten skieruje go do produkcji. Z tą jego dbałością o autentyczność to nawet jest kilka ciekawostek. Przykładowo, w Marsjaninie, żeby policzyć, kiedy misja głównego bohatera będzie mogła wyruszyć na czwartą planetę od Słońca, Andy, napisał program komputerowy do określenia optymalnego dnia startu. A kiedy członkowie NASA przeczytali książkę, nie tylko zainteresowali się niektórymi rozwiązaniami, jako „wartymi do praktycznej oceny na poczet przyszłych lotów załogowych”, byli też zdziwieni, jak wiernie została przedstawiona mentalność amerykańskiej agencji kosmicznej.


Ale nie tylko naukowa dokładność jest tutaj ciekawa. Niesamowite są też okoliczności powstawiania Marsjanina. Początkowo Andy wrzucał do sieci kolejne rozdziały książki. Pisał, rozkminiał stronę naukową, i siup do netu. Powolutku, wokół tych pojedynczych rozdziałów, zaczęła tworzyć się mała społeczność. Anonimowi poprawiacze, sugerowali co trzeba zmienić, żeby było jeszcze bardziej hard. Autor wszystkim dziękował, poprawiał i tak kolektywną pracą powstała książka.
A o czym jest Marsjanin? To książka o tym, jak, w sposób metodyczny i zaplanowany, poradzić sobie z zagrożeniem, na które nie mamy absolutnie żadnego wpływu i pozostaje nam tylko walka o przetrwanie. Bohater majsterkuje ze wszystkim co ma pod ręką, hoduje ziemniaki i odlicza dni do przybycia misji ratunkowej. Odliczanie przerywane jest walką z zupełnie nowym żywiołem, jakim jest dopiero co skolonizowana planeta. To wystarczająco dużo, żeby trzymać czytającego mocno za gardło. Pewnie większość i tak zna tę historię tylko z filmu. I w sumie to spoko, bo film, jakością idzie ramię w ramię z pierwowzorem.


No, a teraz Artemis. Zacznijmy od oceny. Książka niestety nie jest tak dobra, jak Marsjanin.


Naszą protagonistką jest Jazz. Muzułmanka (bardzo liberalnie podchodząca do swojej wiary), która żyje sobie w pierwszym kosmicznym mieście – Artemis. Żeby odwiedzić to miejsce musimy udać się na Księżyc. Tam, w kilku kopułach i tunelach, możemy doświadczyć wszystkiego co mały Andy lubi najbardziej: brak powietrza, toksyczny pył no i mała grawitacja. Te fizyczne niedogodności zmieszał jeszcze z polityką i walką o wielką kasę. Tak się właśnie żyje na tych ulicach Artemis. To miejsce dobre do politykowania, przestępczych inwestycji, szybkiego zarabiania kasy i przemytów. Z tego ostatniego, nasza bohaterka czerpie swoje zyski. Jazz kocha myśleć o pieniądzach i o tym, co zrobić, żeby zarobić. A trzeba przyznać, że dziewczyna jest ambitna, ma łeb na karku, a przy okazji, swoją wiedzą naukową mogłaby zawstydzić niejednego profesorka z polibudy. Tak sobie nasza Jazz egzystuje i kombinuje, aż pewnego dnia dostaje zlecenie od jednego z tajemniczych milionerów. Oczywiście zlecenie jest niebezpieczne, ale kasa, jak na Księżyc przystało – jest nieziemska. Warto zaryzykować. Tylko żeby się nic nie posypało.


No ale się posypało. Dalej nie będę wchodził w szczegóły. Jest tam ta cała polityka, biznes, typy spod ciemnej gwiazdy (albo ciemniej strony Księżyca) i taki regularny syf rodem z filmów sensacyjnych proudly made in USA. I właśnie w tym miejscu psuje się nie tylko zlecenie bohaterki, ale też książka. To nie jest Marsjanin, gdzie samotność bohatera i żywioł planety to pyszna mieszanka, musująca w wyobraźni czytelnika. Tutaj jest jakoś tak, bo ja wiem, jak w Drużynie A i MacGyver’rze. Za dużo fajerwerków, a za mało oryginalnych pomysłów.


Z tą książką jest trochę jak z Samotnością odległych gwiazd (Kate Ling). Cała ta intryga mogłaby równie dobrze dziać się na ziemi, w innym kontekście i bez całej tej otoczki scifi. Może trochę przesadzam, ale to nie jest scifi, jakie można bronić.


Autor, w jednym z wywiadów powiedział, że główną inspiracją do napisania Marsjanina była scena z filmu Apollo 13. Konkretnie ta, gdzie zespół inżynierów na Ziemi, musiał przygotować improwizowany moduł statku do odtworzenia przez astronautów. Marsjanin rzeczywiście taki był. W Artemis zabrakło tego unikatowego problemu. Ale żeby nie było tak źle, to nadal jest to książka, które miejscami przypomina wykład z chemii, astro architektury czy inżynierii kosmicznej. Warto przeczytać, bo jest coś wyjątkowego w podejściu hard-hard scifi.

O autorze:

Leszek Trela

Leszek Trela

Najwięcej czasu spędzam w cyfrowych i papierowych światach. A, że granie wychodzi mi średnio, to częściej sięgam po książkę. Czytam tylko fantastycznonaukowe tytuły, bo czemu nie. Sejwuję zakładką.
Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn
Share on whatsapp
WhatsApp

Przeczytaj więcej:

O autorze:

Logo Indygo
Recenzje

Indygo – zrozumieć depresję

Indygo to tytuł, któremu kibicowałem niemal od samego początku powstawania gry, nie tylko ze względu na bardzo utalentowaną ekipę Pigmentum Game Studio, ale również na

Czytaj więcej »